top
logo


Home
ARKTYCZNA PRZEPRAWA PDF Drukuj Email
poniedziałek, 17 lutego 2014 09:11

Aby wyjechać na manewry każdy musiał spełniać kilka warunków: na poziomie podstawowym porozumiewać się w języku angielskim, mieć odpowiednie predyspozycje fizyczne i psychiczne oraz posiadać dopuszczenie do wykonywania skoków ze spadochronem. Początek każdego roku to czas, kiedy żołnierze jednostek o podobnym charakterze robią tzw. „dopuszczenie”. Aby przejść je pozytywnie każdy musi zdać egzamin z wychowania fizycznego według norm przewidzianych dla wojsk powietrznodesantowych, posiadać aktualne badania lekarskie i zaliczyć szkolenie naziemne organizowane przez instruktorów.

Dowódcą polskiej grupy był ppor. Jarosław Turkowski, na co dzień dowódca plutonu szturmowego 3 kompanii szturmowej. Sformował on pluton na bazie macierzystej kompanii, który poleciał do Kanady na zaproszenie tamtejszej jednostki – 22 Królewskiego Regimentu.

Ćwiczenie podzielone było na dwa etapy. Pierwszy z nich trwał 7 dni i obejmował zajęcia teoretyczne i praktyczne, podczas których żołnierze uczyli się podstawowych zasad postępowania w niskich temperaturach. Zwrócono uwagę na prawidłowe odżywianie, uzupełnianie płynów i higienę. Przeprowadzono również szkolenie z posługiwania się specjalistycznym sprzętem, który Polacy otrzymali od Kanadyjczyków. Spadochroniarze trenowali poruszanie się na rakietach śnieżnych w oporządzeniu, transportowali sprzęt z wykorzystaniem toboganu – sanie śnieżne do przewozu towarów lub rannych – oraz organizowali bazę w rejonie wyjściowym. Żołnierze ćwiczyli przemieszczanie się, procedury w czasie zajmowania rejonu i organizację systemu ochrony i obrony. Dla Kanadyjczyków to podstawy, ale polskim żołnierzom bardzo sie przydały. Mimo doświadczenia i częstych szkoleń w górach, różnice w wyposażeniu oraz w warunkach, jakie panują w Polsce i Kanadzie są olbrzymie.

W drugim tygodniu rozpoczęły się manewry. Spadochroniarze zostali desantowani z transportowca C–17 Globemaster przy użyciu kanadyjskich spadochronów CT–1 z wysokości 330 metrów. Po wylądowaniu dołączyli do plutonu rozpoznawczego, z którym od tej chwili działali. Prowadzili rozpoznanie, organizowali zasadzki i atakowali siły główne, krótko mówiąc podgrywali przeciwnika dla ćwiczących wojsk. Głównym zamiarem kanadyjskiego dowódcy było przeprowadzenie na szczeblu plutonu i kompanii obrony w ekstremalnie trudnych warunkach. Umiejętność działania w niskich temperaturach jest niezwykle istotna. Tutaj zbagatelizowanie takich spraw jak przemoczone buty czy rękawice może kończyć się powstaniem głębokich odmrożeń. Na polu walki oznacza to wyeliminowanie żołnierza z działań. 20 km od miasta Quebec na strzelnicy w Valcartier spadochroniarze wzięli udział w szkoleniu ogniowym. Wykonali strzelanie z karabinów C7, C8 oraz karabinu maszynowego C9 – etatowej broni kanadyjskiej piechoty. To novum dla polskich żołnierzy. Siarczysty mróz i temperatury oscylujące w granicy –30°C znacznie utrudniały wykonanie zadania. „Naciśnięcie języka spustowego w grubych rękawicach jest niezwykle trudne, a o ściągnięciu rękawiczek nie było mowy, ponieważ dotknięcie metalu w tak niskich temperaturach to przesłanka do powstawania odmrożeń. Stosowaliśmy, więc „patent” podpatrzony u Kanadyjczyków – używaliśmy dwie pary rękawic. Pierwsze cienkie, które były na rękach cały czas, a drugie grube, jednopalcowe, które ściągaliśmy np. podczas strzelania ” – opowiada ppor. Turkowski. W takich warunkach jest jeszcze jeden czynnik podnoszący stopień trudności – zmienia się trajektoria lotu pocisku, o czym trzeba pamiętać przeliczając współrzędne przed pociągnięciem za spust. Swoje umiejętności mogli zweryfikować również strzelcy wyborowi, którzy wykonali strzelanie z karabinów kal. 0,50 McMillan i 0,338 Timberwolf. Przy prowadzeniu ognia na dużą odległość strzelec wyborowy w takich warunkach musi brać pod uwagę wszystkie parametry pogody. Musi naprawdę dobrze wiedzieć jak wpłyną one na tor lotu pocisku i umieć zastosować swoją wiedzę w praktyce. W czasie manewrów wykorzystano około 700 jednostek sprzętu wojskowego, w tym śmigłowce, transportery kołowe i pojazdy gąsienicowe. Dla polskich żołnierzy to było trudne szkolenie. Bez przerwy się przemieszczali. Od momentu skoku przez tydzień cały czas byli w polu. Trzeba być człowiekiem o odpowiednich predyspozycjach fizycznych i psychicznych, aby w tak niskich temperaturach spędzić tyle dni. Każdy musi liczyć przede wszystkim na siebie i na współpracę z kolegami z plutonu. To, co ma na sobie i w plecaku oraz umiejętność wykorzystania swojej wiedzy i wyszkolenia może decydować o przetrwaniu. To wyzwanie nie tylko dla zespołu, ale również dla dowódcy, który musi wykazać się ogromną umiejętnością organizacji dowodzenia i stawiania rozkazów. Poza przetrwaniem i wyjściem z namiotu trzeba przecież działać, a to w przypadku takich batalionów jak „Osiemnastka” oznacza godziny, a czasami dni samodzielnego prowadzenia działań, aż do momentu, kiedy nadejdą siły główne. Spadochroniarze w czasie tygodnia spędzonego w polu mogli korzystać z rozbitych przez siebie namiotów, które transportowali w toboganach. Namioty były 5–cio lub 10–cio osobowe, ogrzewane lampami i kuchenkami naftowymi. „Temperatury w nocy spadały do –40°C, a w dzień wzrastały do –15°C. W porównaniu z tym, kiedy wchodziło się do 5–cio stopniowego namiotu wydawało się całkiem przyjemnie” – powiedział z uśmiechem jeden z żołnierzy. Skutki działania niskiej temperatury często były widoczne i odczuwalne na twarzach żołnierzy oraz na dłoniach i stopach. Żołnierze, którzy wzięli udział w kanadyjskim szkoleniu wiedzą już na pewno, że zima ma przynajmniej dwa oblicza w aspekcie działań, do których są przeznaczeni. Niesamowicie rożna jest, bowiem specyfika działań górskich w polskich warunkach, z którymi, na co dzień się spotykają i ta, której musieli stawić czoła będąc w północnej Ameryce. Jedna armia, dwa różne miejsca na świecie i ekstremalnie skrajne warunki prowadzenia działań. Wszystko to świadczy, że bielscy spadochroniarze w niczym nie ustępują kolegom z innych armii, a wręcz przeciwnie.  Wielokrotnie podczas ćwiczeń z sojusznikami udowadniali, że nawet lepiej radzą sobie w wielodniowym działaniu w polu.

Po zakończeniu ćwiczenia Kanadyjczycy zaproponowali wspólną wspinaczkę na zamarzniętym wodospadzie, a kilku żołnierzy podjęło wyzwanie  i spróbowało swoich sił w walce z potężną górą lodu.

W prowincji Nowa Fundlandia i Labrador wspólnie z żołnierzami 4 Regimentu Wsparcia Inżynieryjnego Armii Kanady szkoli się jeszcze ośmiu spadochroniarzy z bielska.



Tekst: ppor. Anita SKOWRON

Zdjęcia: ppor. Jarosław TURKOWSKI, Philipe BRASSARD


















 

bottom